|
Strona 1 z 2 Słowo „dub” w języku angielskim dosłownie znaczy „obciosywać”. Popularny zwrot „rub-a-dub” tłumaczy się jako... „łupu-cupu”. Dziwne, że jedno i drugie mają związek z muzyką? Nawet nie wiecie, jak głęboki.
Budowanie ze strzępków
Uczciwie muszę dopowiedzieć, że dokładny przekład wyrazu „dub” z języka angielskiego na polski nie jest jeszcze dobrą definicją tego stylu, aczkolwiek dość zbliżoną do tej właściwej. Tytułowanie owego gatunku muzycznego wywodzi się bowiem z określenia „dubbed-out” – bo tak nazywano praktykowaną na Jamajce czynność, polegającą na wycinaniu poszczególnych składników utworu reggae’owego (bass, perkusja czy wokal) i zamieszczaniu ich na stronie B singla z kawałkiem. Jak nietrudno się domyślić, znalazło się parę osób, które uznały za sensowną zabawę z tymi swoistymi „trocinami” i tworzenie z nich nowej jakości. Skoro teraz Herbert „pisze” utwory na mlaskanie i odgłosy jelit, to dlaczego wcześniej nie można było nazwać pełnowartościową kompozycją utworu, złożonego z takich muzycznych wycinków?
Popularność dub’u można tłumaczyć na wiele sposobów. Być może jednym z czynników, które się do niej przyczyniły, jest ogromna swoboda, jaką daje tego typu twórczość – bo w dubie znajdziemy dosłownie wszystko – od podstawy, czyli wspomnianej wcześniej przykładowej partii basu tudzież wokalu, przez nagrane przypadkiem improwizacje muzyków ze studia, po ich rozmowy, okrzyki czy nawet kłótnie. Z takich materiałów może powstać prawdziwe dzieło, wszystko zależy tylko (i aż) od pomysłu i talentu kogoś, kto je złoży w jedną całość.
A co można zrobić z takimi dźwiękowymi strzępkami? Tu właśnie wchodzimy na poletko cech charakterystycznych dub’u. Najczęściej „wycięte” nagrania (a szczególnie intensywnie wykorzystywany jest bas) poddawane są efektowi echa czy pogłosu, nierzadko konstruowane są z nich pętle, powtarzane później w nieskończoność i nakładane na siebie, można też zwolnić lub przyspieszyć ich tempo, zmienić formant – jedynym ograniczeniem są techniczne umiejętności obsługi miksera i gramofonu.
Krótka lekcja historii
Za ojca świadomego manipulowania poszczególnymi ścieżkami nagranych utworów uznaje się niejakiego Kinga Tubby’ego – pochodzącego z Kingston inżyniera dźwięku i muzycznego producenta. W 1968 roku założył własny sound system Tubby's Home Town HiFi, który rozpropagował technikę dubowania nagrań w czasie rzeczywistym. Wymagało to oczywiście perfekcyjnego opanowania sprzętu studyjnego, ale takich umiejętności Tubby’emu z pewnością nie brakowało. Zainteresowanie techniczną stroną muzyki przejawiało się u niego już w dzieciństwie – choć przerabianie rozmaitych magnetofonów i odbiorników było raczej koniecznością (jeśli się nie ma pieniędzy na zakup gotowego sprzętu, zawsze można go sobie samodzielnie stworzyć), to najwidoczniej mały Osbourne Ruddock (bo tak nazywał się naprawdę) czerpał z tej czynności wystarczającą ilość satysfakcji, by postanowić związać z nią resztę swojego życia. Innymi słowy – był wtedy ekspertem w tej dziedzinie.
Obok nazwiska Ruddocka musi pojawić się także pseudonim „Scratch” należący do Lee Perry’ego. Jemu zawdzięczamy pchnięcie muzyki dub o parę metrów do przodu. Zwłaszcza jeśli chodzi o poziom eksperymentalizmu w niej zawarty – to właśnie Perry jako pierwszy zaczął miksować muzykę z wszystkim, co tylko – mówiąc kolokwialnie – nawinęło mu się na taśmę. Wliczając w to fragmenty telewizyjnych wypowiedzi. Perry założył też własne studio – The Black Ark – które swój żywot zakończyło tragicznie, bo w płomieniach. Do dziś nie wiemy, co tak naprawdę było przyczyną pożarów – a teorii jest wiele, łącznie z tą, wedle której to sam założyciel w ramach bliżej niesprecyzowanej idei czy protestu, podpalił swoje dzieło.
|