Increase Size Decrease Size Reset font to default

Etnosystem.pl

etno, world music, kultura i sztuka

« »

Powrót całuśnego Turka

Tarkan, niegdyś jeden z "towarów" eksportowych Turcji o najsilniejszym potencjale, bożyszcze tłumów, całuśny gwiazdor orientalnego popu, dziś jest już nieco zapomniany.

Czytaj

Ukryte piękno Bratysławy

Podczas, gdy Wiedeń, Praga i Budapeszt odwiedzane są masowo, Bratysława - czwarta stolica naszych najbliższych południowych sąsiadów - traktowana jest po macoszemu, z przymrużeniem oka. "Najbrzydsza stolica Europy" - często słyszymy. Jak widać, to nie do końca prawda...

Czytaj

Tradycja i etniczna różnorodność

W Zakopanem zakończył się 42. Międzynarodowy Festiwal Folkloru Ziem Górskich. Etnosystem.pl patronował medialnie festiwalowi. Zobaczcie relacje i fotorelacje z tygodniowego święta górali świata.

Czytaj

Kinga Baranowska na K2

Trwa wyprawa ekipy Kingi Baranowskiej na K2. Ostatnimi wieściami z bazy była niestety przykra informacji o śmierci jednego ze wspinaczy, ski-tourowca ekstremalnego Frederika Ericssona ze Szwecji.

Czytaj


Być jak najbliżej muzyki
piątek, 07 sierpnia 2009 11:52
Wywiad z Muzsikas


Na początku tegorocznej wiosny, w skąpanym słońcem lecz chłodnym jeszcze Budapeszcie, spotkałam się z Dánielem Hamarem, kontrabasistą zespołu Muzsikas – najbardziej rozpoznawalnej grupy węgierskiej, propagującej węgierski folk. Trudno było nie wykorzystać okazji i nie zapytać go o to, jak Węgrzy traktują swoją muzykę, jak odbierana jest na świecie i co tak naprawdę stanowi o jej wyjątkowości.

Kaśka Paluch: Sporo podróżujecie po świecie i koncertujecie. Jak twoim zdaniem muzyka węgierska jest odbierana w różnych częściach świata?

DánielDaniel Hamar, fot. muzsikas.hu Hamar (Muzsikas): Po pierwsze jest ona nieznana. Węgierska muzyka folkowa jest tajemnicza. To przez historię. Historia podzieliła kraj na dwie części - wiejską i miejską. To są bardzo odrębne i niezależne kultury. W miejskiej kulturze, jak w Budapeszcie, gra się dużo muzyki gypsy i muzykę ruchu europejskiego. Ale folklor wiejski jest ukryty i potrzebuje odnalezienia. Przykładem na taką miejską muzykę węgierską jest np. twórczość Liszta albo zespołów gypsy grających skomponowaną wcześniej muzykę w knajpach. Pierwszym przejawem odkrywania muzyki ludowej węgierskiej była działalność Beli Bartóka, który udał się na wieś by kolekcjonować muzykę węgierską. Dziś, na Akademii Nauk - która nie jest zbyt daleko stąd [rozmawiamy w siedzibie Instytutu Polskiego - dop. red.] - znajduje się ponad 200 tys. pozycji z ludową muzyką węgierską. Bo ona wciąż się rozwija. Tak więc długo muzyka ludowa z Węgier nie była znana nawet samym Węgrom. Kiedy ja zaczynałem grać, byłem klasycznie wykształconym muzykiem. Fascynowałem się rockiem, popem, jazzem. Wtedy w Budapeszcie było jakieś 500 restauracji gdzie grano gypsy, teraz już tego nie ma. Ale kiedy znalazłem się na wsi i usłyszałem węgierską muzykę ludową, uświadomiłem sobie, że tam repertuar jest inny. Była w niej zakonserwowana dawna kultura węgierska, którą próbowano zniszczyć. Wiesz, jak wyglądała sytuacja Węgrów po wojnie światowej, najlepszym sposobem na przejęcie kontroli nad narodem miało być stłamszenie jego kultury...

Wiem, to samo działo się w Polsce.

Dokładnie tak. Więc ta muzyka ludowa na wsi objawiła mi się jako taka zachowana, zakonserwowana węgierska mentalność. Gdy pierwszy raz ją usłyszałem, poczułem się jak w niebie. To nie było jak muzeum, to było żywe i doskonale zorganizowane. Zanim usłyszałem tę muzykę myślałem, że na wsi prowadzi się biedne i nudne życie. To spotkanie kompletnie odmieniło moje myślenie.

I postanowiłeś zająć się tą muzyką.

Tak, szukałem ludzi, którzy chcieliby ją ze mną grać. W tym czasie na Węgrzech działało kilka folkowych grup tanecznych, jakich wiele powstawało w różnych komunistycznych krajach. Miały oparcie w folklorze węgierskim, ale nie były takie jak na wsiach. Z jednym wyjątkiem – Bela Bartók Dance Group – tam próbowano odzwierciedlić prawdziwe tańce ludowe. Chodziłem tam na próby. I najważniejsze, czego się tam dowiedziałem, to że nie można być dobrym muzykiem, jeśli nie umie się tańczyć. Tak więc znaczna część Muzsikas na początku tańczyła. Marta Szebestyen też była tancerką w tej grupie. Muzyki węgierskiej uczyliśmy się kopiując to, co słyszeliśmy na nagraniach. To był pierwszy krok. Drugi – podróżowanie po wsiach i uczenie się od tamtejszych muzyków. Te lekcje były dla nas szokujące, bo technika gry ludowej bardzo różniła się od tego, czego nauczyliśmy się w miejskich szkołach.  Podstawową wiedzą było jednak poznanie melodii i sposobu improwizacji. Nauka muzyki jest jak nauka języka. Trzeba poznać podstawy, słuchać, udać się do tej etnosfery, poczuć jaka jest jej funkcja. W duszy muzyki zachowuje się styl życia. A węgierska muzyka ma w sobie coś takiego, że chce się ją poznawać. Jesteśmy zapraszani na rozmaite wielkie festiwale, nawet na festiwale muzyki celtyckiej. Kiedy dostaliśmy propozycję zagrania właśnie w takim miejscu, powiedziałem „ale to nie jest muzyka celtycka”. Usłyszałem odpowiedź „pasuje!” (śmiech).

Może dlatego, że muzyka węgierska jest bardzo eklektyczna.

Tak, ale myślę, że każdy rodzaj muzyki taki jest. Muzyka jest potrzebna ludziom do wyrażania emocji, więc musi nosić w sobie każdy ich typ. Powinna potrafić wyrazić wszystko. Muzyka jest jak społeczeństwo, dlatego jest bardzo zróżnicowana, choć to wciąż jeden typ muzyki. Dlatego zmienia się wraz z historią, inaczej brzmiała dwieście lat temu niż dziś. Zmienia się tak jak język, choć moim zdaniem muzyka jest czymś więcej niż język. Na przykład język polski jest w tobie tak zakorzeniony, jak we mnie węgierski i choćbym poznał polski doskonale, to nigdy nie będzie on dla mnie tak bliski jak dla ciebie. Ale z muzyką jest inaczej, polska może mieć na mnie ogromny wpływ, tak jak węgierska na ciebie i nie będziemy czuć takiej różnicy jak z węgierskim.

Muzyka jest bardziej uniwersalna niż język.

Właśnie tak! Zawsze mówię, że jeśli muzyka w najmniejszym stopniu wyjdzie poza miejsce swojego powstania, staje się uniwersalna. Kompozycje Mozarta to nie muzyka austriacka – to muzyka całego świata, choć powstała w Austrii. Dlatego twierdzę, że muzyka węgierska poza granicami Węgier nie jest już lokalna, a staje się uniwersalna. Reakcje słuchaczy tylko to potwierdzają.

Kiedy poznaję twórczość Węgrów, nie tylko folkową, mam wrażenie, że Węgrzy są bardzo dumni ze swojej muzyki i kultury. Nie ma problemu w rozpoznaniu twórcy węgierskiego, choćby grał drum’n’bass, zawsze gdzieś słychać nutkę węgierszczyzny – a jest też sporo twórców, którzy po prostu folk cytują dosłownie. To tylko wrażenie, czy ogólna tendencja?

Muzsikas, fot. muzsikas.hu

To ciekawe, cóż… ja tego nie odczuwam wystarczająco. Najlepszym dla mnie przykładem takiego podejścia i kultywowania własnej tradycji są Irlandczycy, którzy żyją swoją muzyką nawet poza granicami Irlandii. To stanowi o ich identyfikacji, a przy tym są bardzo otwarci na wpływy zewnętrzne. Ale nie widzę tego samego u Węgrów – przynajmniej nie w takim stopniu, w jakim mnie by się to marzyło. Jest oczywiście trochę zespołów, które nawiązują do tradycji. Ale jeśli będziesz przeskakiwać przez budapeszteńskie stacje radiowe, na 25 kanałach nie znajdziesz ani grama muzyki węgierskiej, może odrobinę. Myślę więc, że ona nie funkcjonuje w społeczeństwie węgierskim. W szkołach muzycznych jest zaledwie godzina lekcji muzyki. A do tego naprawdę niewielu nauczycieli chce zaprezentować uczniom tradycyjne melodie. Dlatego większość dzieciaków w szkole ludowej muzyki węgierskiej nie ma szans usłyszeć ani raz.

A jednak jak się spojrzy na to z dystansu, trudno oprzeć się temu wrażeniu. Może dlatego, że ja jestem „tam” i mam szerszy ogląd na sprawę.

Może też dlatego, że te zespoły, które prezentują się poza granicami Węgier bardziej nawiązują do swoich tradycji niż te, które pozostają na Węgrzech. Tu jest tendencja podążania za tym, co się dzieje w Budapeszcie – to stolica, więc wszystko co ma tu miejsce, musi być naśladowane w innych częściach kraju. To, o czym mówisz, jest bardziej zauważalne na Słowacji czy Rumunii, ale tu niestety nie. To smutne.

Więc nie da się tu zauważyć też panującego na całym świecie „boomu” na muzykę ludową?

Cóż, od 34 lat, kiedy działa Muzsikas, da się zauważyć pewien postęp, to znaczy – muzyka węgierska zaczyna być widoczna w kulturze. Wciąż jednak to tylko jej mały procent.

Czujesz, że Muzsikas to w jakimś stopniu kontynuacja idei Beli Bartóka?

Fakt, że on zbierał muzykę ludową, kategoryzował ją i opisywał – był naukowcem. Ale jego utwory to nie aranżacje muzyki folkowej, a nowe kompozycje – w oparciu o tradycję. My natomiast próbujemy grać muzykę węgierską tak, jak brzmi ona na wsi. Pod tym względem się różnimy. Bartók był klasykiem, my chcemy być jak najbliżej muzyki ludowej.

Kilka dni temu rozmawiałam ze znajomym na temat muzyki węgierskiej. Zadał mi pytanie: „jaka jest ta muzyka?”. Nigdy jej nie słyszał i potrzebował jakichś krótkich instrukcji, skojarzeń. Zaczęłam opowiadać, że muzyka węgierska ma dużo wpływów podhalańskich, serbskich, czeskich, aż w końcu zapytał mnie „jak można mówić, że to muzyka  stricte węgierska, skoro jest tak eklektyczna”? A jednak słychać różnicę, słychać, że to nie zbitka wpływów, ale wasza muzyka. Jak byś mu to wytłumaczył?

To proste. Znów posłużę się przykładem języka. Angielski – ma wiele słów, wiele z nich jest obcego pochodzenia – francuski, łaciński, ale wiemy, że to angielski, kiedy go słyszymy. Nie jesteśmy wyizolowani od reszty świata. Wszystko, co mamy i co nas otacza, się zmienia. Muzyka również. Składa się na to kilka rzeczy. Definicją muzyki folkowej na wsi jest to, że jest ona znana, ale nikt nie mówi o kompozytorach, twórcach muzyki. Jeśli coś jest skomponowane – to nie jest na Węgrzech muzyką folkową. Bo muzyka folkowa powinna wychodzić z serca. W Muzsikas gramy tylko fragment z tej muzyki folkowej, którą znamy – ten, który akurat lubimy i podoba nam się. Mimo tego, że muzyka węgierska jest złożona, ma swoje podstawowe cechy, jak na przykład skala pentatoniczna. To normalne, w naukowym podejściu, że spoglądając na coś, chcemy znać tego tło i skład. Na góry inaczej spojrzy geolog, a inaczej ktoś, kto zwraca uwagę wyłącznie na ich piękno. To jest kwestia osobistego, personalnego odbioru pewnych kwestii. Tak bym to wyjaśnił, nie naukowo (śmiech).

Muzyka węgierska jest smutna?

Zgodzę się, że duża część muzyki węgierskiej jest smutna. Ale zależy to też od regionu – w rejonach Transylwanii łatwiej usłyszeć mroczne melodie, ale już 300 km dalej folk aż kipi od radości. Muzyka i słowa są wypadkową tego, co ludzie myślą i czują. Ponad 90% piosenek węgierskich opowiada o miłości – a nie o whisky, jak u Irlandczyków (śmiech).  A to, o czym śpiewamy, też zmienia się w zależności od nastawienia. Jeśli jesteś szczęśliwie zakochana, śpiewasz o miłości inaczej… albo w ogóle nie śpiewasz, tylko zajmujesz się miłością (śmiech). Ale jeśli ktoś jest nieszczęśliwie zakochany, o miłości – która z zasady jest czymś radosnym – śpiewa smutną pieśń. Jakoś tak jest, że większość pieśni o miłości jest smutnych.

Kiedy spytałam o to samo Laszlo Forgassziego, powiedział mi, że nasza muzyka też jest smutna (śmiech)

(śmiech) to ma pewnie związek z klimatem. Im więcej słońca, tym więcej radości w ludziach, a i w Polsce, i w niektórych częściach Węgier tego słońca brakuje. Trudno oprzeć się stereotypowi, że w Hiszpanii ludzie są bardziej radośni niż w Norwegii, prawda? (śmiech)

I to też słychać w ich muzyce (śmiech). Dziękuję za wywiad.

Rozmawiała: Kaśka Paluch
Marzec 2009, Budapeszt

Poprawiony: piątek, 07 sierpnia 2009 12:01
 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Newsletter

Etnonews co tydzień do kawy.

Imię:

Email:

Twoje konto

Pogoda

 


.